Tyle osób pytało mnie, dlaczego chrzest. Co mnie do tego skłoniło?

Dlaczego akurat teraz? Spodziewali się pewnie aktów co najmniej na miarę objawienia św. Pawła, a ja nie miałem i nie mam na to żadnej spektakularnej odpowiedzi. A to była długa droga, zebranie kamyczków i znaków, które ułożyły się w potrzebę pełnego uczestnictwa w Kościele.

W liceum trafiłem do świetnej klasy pełnej ludzi inteligentnych i otwartych. Byłem tam jedyną osobą jawnie deklarującą ateizm. Ileż godzin przedyskutowaliśmy na tematy teologiczne, poczynając od kwestii „czy Bóg istnieje”, ach uśmiecham się na myśl tej młodzieńczej żarliwości… To pierwsze zetknięcie, choć przez barykadę, z Bogiem, który zamachał do mnie „a jednak jestem, nawet jeśli we mnie nie wierzysz”. Wspaniałe było to, że w wierzącej dominacji, nigdy nie poczułem się odtrącony, nie byłem „poza”.
W czasie studiów poznałem i pokochałem M, która była wierząca, nigdy nie próbowała mnie namówić na przyjęcie chrztu, dziś wspominam z zachwytem jej tolerancję, a może raczej wyczucie sytuacji, że wtedy nic by nie wskórała… Wzięliśmy ślub konkordatowy. Potem czasami chodziłem z nią na mszę niedzielną, jak dzielić życie to w całości, bez wyjątków, prawda?

7 lat małżeństwa przerwane chorobą i śmiercią. Zostałem z córką w przedszkolnym wieku, życie się pokomplikowało i wymagało przeorganizowania. Pamiętałem o swoim przyrzeczeniu ze ślubu, że córka nasza będzie wychowana w wierze katolickiej, Msza niedzielna była wpisana w weekendowy plan zajęć. Siłą rzeczy trudno było uniknąć pytań dziecka o Kościół, o wiarę, o sens chodzenia do kościoła i modlitwy. Więc starałem się odpowiadać według swojej najlepszej wiedzy i czucia, tak, tak, nieochrzczony poganin wyjaśniający dziecku tajniki wiary!

Wyjechaliśmy na długie lata za granicę, Włochy, wymagająca praca dla międzynarodowej korporacji, liczne podróże służbowe, tułaczka zwana przez postronne osoby permanentnymi wakacjami. Wiele znaków i meandrów na drodze do Boga. Bliskość Watykanu, świętych miejsc, Jan Paweł II spotkany niespodzianie podczas zwiedzania ogrodów watykańskich, tyle osób odwiedzających mnie, dla których Rzym to jest miasto święte, a potem dopiero miejsce do turystycznego zwiedzania.

To był też czas podjęcia próby wejścia w nowy związek, zbudowania nowego domu. Związek niesakramentalny, ślub cywilny, dziecko, blaski i cienie, śmiech i łzy. Rozstaliśmy się po kilku latach. I mam drugą córkę, dziś potrafię ten dar Boga w pełni docenić!

Poznana siostra zakonna z dalekiej misji w rozmowie wykrzyknęła przejęta „Bóg ci wszystko może wybaczyć, ale bez chrztu nie wpuści cię do nieba! Ochrzcij się!”. Takiego wykrzyknika nie mogłem puścić mimo uszu i trzeba było się nad tym zastanowić. Ale jakież znaczenie dla Boga może mieć ta odrobina wody i papierek z kancelarii parafialnej? Przecież Bóg wie o mnie wszystko, zna moje czyny i intencje, czy jest mu coś tak formalnego potrzebne, żeby zdecydować o moim zbawieniu lub nie?

Dołączyłem do włoskiej grupy katechumenalnej, po parunastu spotkaniach poddałem się. Trudności językowe, oj jak trudno rozmawiać o tajnikach i niuansach wiary w nie-ojczystym języku. Najwyraźniej Bóg chciał się upewnić, żebym Go dobrze rozumiał.

Powrót do Polski, wielka zmiana na małe miasto na południu kraju, zorganizowanie nowego miejsca do mieszkania, nowych relacji, nowej pracy. Córka w nowej szkole. I nieustannie w niedzielę chodziliśmy do kościoła… Podjąłem próbę drugą. Polecony proboszcz w sąsiedniej miejscowości. Rozmowa, z której pamiętam mój odbiór księdza: „ojej, i co ja mam z takim delikwentem zrobić?”. Miał zadzwonić po Wielkanocy, jak będzie miał więcej wolnego czasu. Gdy zadzwoniłem w maju, to był czas komunii, a w czerwcu rozpoczął się sezon urlopowy, jakoś wcześniej nie przyszło mi do głowy, że księża też maja urlopy…. Czy Bóg sprawdzał moją wytrwałość?

Przeprowadzka do Krakowa. Trzecie podejście i tu już poszło gładko, trafiłem do katechumenatu przy kościele św. Marka. Jadwiżanka, siostra Alicja, przyjęła mnie życzliwie i ze standardowym „dlaczego?”. Wspominam jej początkową nieufność i moje zniecierpliwienie. Po co tyle pytań, tyle katechez, tyle formuł? Dlaczego to ma trwać aż rok!?

Akurat się zdarzyło, ze trafiłem do szpitala, na obserwację, sprawa drobna, choć teoretycznie w każdej chwili mogłem pójść na salę operacyjną. I przyszła myśl, że jeśli powiem księdzu, który przychodził do szpitala, że grozi mi operacja, że ryzyko i że ja bym chciał chrzest (sama prawda przecież!), to zapewne dostałbym go od ręki bez żadnych długich wstępów! Czy taki chrzest, załatwiony sprytnie, byłby równie dobry? Formalnie na pewno, ale czy po to przeszedłem tak długą drogę, żeby iść na skróty?

Długi rok, nauk i obrzędów, pokory nauczyłem się wiele, s. Alicja z wielkim zaangażowaniem mnie prowadziła przez katechezy, nie raz wdając się w potyczki z pokazującymi pychę kawałkami mojej duszy. W Wielką Sobotę dotarło moje ciało i dusza na Wawel, w pełnym blasku świec, trudno było nie dać się wzruszeniu, że oto Bóg pozwolił dotrzeć celu. Po tylu latach stania ukradkiem w ostatnim rzędzie ławek, radość bycia w miłości Boga.

Teraz nowe życie i nowe pytania, jak dalej mam żyć? Co dalej? Jaką drogę dla mnie, Boże, wybrałeś? Codziennie pytam się, jak wypełniać życie w miłości Boga i staram się najlepiej jak potrafię to realizować. Na miarę danych mi zdolności i sił. Wędruję po mojej krętej, ludzkiej drodze, schodząc ze ścieżki właściwej i wracając na nią, w modlitwie prosząc by mi nie było dane błądzić zbyt długo.

Arkadiusz