Nauki przedmałżeńskie

We współpracy z DA Patmos są na terenie uczelni organizowane Akademickie Katechezy dla Narzeczonych jako forma przygotowania przedmałżeńskiego. Po zakończeniu kursu narzeczeni powinni udać się do poradni życia rodzinnego, przy czym zamiast dwóch wizyt w poradni narzeczeni mogą uczestniczyć w kursie naturalnego planowania rodziny lub mogą wziąć udział w warsztatach dla narzeczonych.

Więcej pod adresem: http://naukiprzemalzenskie.pl/

 

 

Moje dochodzenie do Pana Boga to Droga i Ludzie na tej drodze napotkani.

Droga dosłownie – bo i kilkuletni wyjazd za granicę, i szlak św. Jakuba, ale też i wieczne podróże pomiędzy dwoma krajami, tym w którym się urodziłam oraz Krakowem.

Droga dosłownie – bo i kilkuletni wyjazd za granicę, i szlak św. Jakuba, ale też i wieczne podróże pomiędzy dwoma krajami, tym w którym się urodziłam oraz Krakowem.

Rodzice dali mi dobre podstawy do tego bym była dobrym, uczciwym i wrażliwym na innych człowiekiem. Dali mi wiedzę, wykształcenie i wiarę że w życiu sobie poradzę. Dali mi podstawę wiary chrześcijańskiej, tej prawosławnej i tej katolickiej, chociaż nie chcieli za mnie podjąć decyzji w którym z tych dwóch kościołów mnie ochrzcić. Rosłam w środowisku wieloreligijnym, wielokulturowym, wielonarodowym w pełnym szacunku dla różnic. I było mi z tym dobrze aż się zorientowałam, że jestem taka trochę niczyja. Że wiem że Pan Bóg istnieje, że czasem go odwiedzam w kościele albo w myślach, ale też czułam że nadchodzi moment kiedy powinnam się zadeklarować, przybliżyć, poznać, przyjąć swoje obowiązki. Wyręczyć rodziców w decyzji, którą powinni byli podjąć czterdzieści kilka lat temu.

Wyjechałam do Włoch na 4 lata i tam zbliżyłam się do społeczności Polaków, z którymi wyjeżdżałam na narty, na wycieczki w góry, ale z którymi też spotykałam się w polskim kościele. I tutaj znowu byłam inna. Znowu nie uczestniczyłam w pełni. Nie wszystko rozumiałam a coraz bardziej czułam, że to jest moje, właściwe dla mnie.
Pod Turynem odwiedzałam świątynię św. Michała Archanioła – było to moje ulubione miejsce do którego jeździłam by pomodlić się za rodziców, by pomyśleć, podumać, pomedytować. Cudne miejsce, dla mnie stało się bardzo ważne.

A potem poszłam na szlak św. Jakuba, nie, nie na pielgrzymkę, ale żeby iść, pomilczeć, pomyśleć, a czułam że jestem w punkcie zwrotnym i zadawałam sobie pytanie „Gdzie jest moje miejsce ?”. Na szlaku spotkałam księdza Krzysztofa, którego w pierwszej godzinie znajomości zapytałam co ja mam zrobić żeby zostać ochrzczoną. I nagle łzy, łzy wzruszenia, bo wreszcie powiedziałam komuś to co w środku od dawna się rodziło. A Krzysztof powiedział bym się nie spieszyła, bym poczekała aż ta decyzja we mnie dojrzeje, niech to mi zajmie tyle czasu ile tylko będę potrzebować, najważniejsze że jestem na tej drodze. To od Niego się dowiedziałam o Siostrach Jadwiżankach przy kościele św. Marka.

A potem były długie rozmowy z siostrą Ania, później z siostrą Eweliną – dziękuję Wam za nieskończona cierpliwość przy odpowiadaniu na moje pytania, niektóre niezbyt mądre , ale wiedziałam że jest to właściwe miejsce i właściwe osoby by zaległości w niewiedzy nadrobić.

Od chwili gdy weszłam do kościoła św. Marka czuję się „zaopiekowana”, przynależąca, widziana, po prostu czuję się na właściwym miejscu. I staram się postępować tak by nie zawieść zaufania, by konsekwentnie podążać obraną drogą.

Dziękuję Panu Bogu za to że tyle czasu na mnie czekał i że na mojej drodze postawił wielu Mądrych Ludzi.

Ada

Spełnione marzenie

„Po co!? Po co ci to?!” – pytanie to zadał mi mąż. I dopowiedział: „Przecież wszyscy i tak pójdziemy do piachu…” Ale na szczęście byłam już katechumenką, otoczoną ludźmi niosącymi…

Po co!? Po co ci to?!

Pytanie to zadał mi mąż. I dopowiedział: “Przecież wszyscy i tak pójdziemy do piachu…” Ale na szczęście byłam już katechumenką, otoczoną ludźmi niosącymi wiadomości na temat wiary, i mogłam odpowiedzieć z najgłębszym przekonaniem i pragnieniem serca: “Ale ja chcę Cię zabrać ze sobą do nieba!”

Byłam nieochrzczona, choć żyłam w przekonaniu, że mam chrzest święty. Moi rodzice deklarowali się jako niewierzący, ale byli ochrzczeni.

Chodziłam do Kościoła, zadbałam, by dzieci miały sakramenty, przyjmowałam Księdza po kolędzie. Gdy jednak pragnienie pełnego uczestnictwa we Mszy świętej stawało się coraz to potężniejszą tęsknotą, zdecydowałam się o tym porozmawiać z moim Księdzem Proboszczem, który mnie znał od dziecka: „Czy ja już nigdy nie przystąpię do Komunii świętej?!” Wiedziałam, że przeszkodą jest brak ślubu kościelnego. I usłyszałam: „Ale najpierw chrzest”. Zaskoczenie było ogromne: „Nawet tego minimum nie otrzymałam?!” Postanowiłam przygotować się do chrztu nie w swojej małej parafii, ale w Ośrodku Katechumenalnym dużego miasta… Mężowi powiedziałam, że muszę się dokształcać na kursie, który znalazłam. Zrozumiał, że moje cotygodniowe wyjazdy to jakieś szkolenia podnoszące kwalifikacje zawodowe… i na szczęście się nie dopytywał się o szczegóły. A wiedziałam, że jeszcze nie jestem gotowa, by uzasadnić i obronić swą wiarę. Teraz, z perspektywy przebytej drogi i czasu, pozostaje mi wdzięczność Panu Bogu i ludziom.

Dziękuję Bogu za miłość mi okazaną. Dziękuję Panu Jezusowi, że spotkałam na mojej drodze siostrę Alicję, która patrząc mi w oczy i słuchając historii mego życia zaufała mojemu szczeremu pragnieniu chrztu świętego.

Dziękuję Bogu za ks. Andrzeja, który swoim ciepłym głosem wygłaszając homilie i katechezy spowodował, że moja cotygodniowa droga pociągiem (45 km.) była krótkim odcinkiem do pokonania. Chociaż droga, którą przebyłam dochodząc do światła Chrystusowego, nie była łatwa.

Moja miłość do Boga musiała dojrzeć na tyle, że mogłam uczestniczyć w przygotowaniach do sakramentu.

„Po co!? Po co ci to?!” – pytanie to zadał mi mąż. I dopowiedział: “Przecież wszyscy i tak pójdziemy do piachu…” Ale na szczęście byłam już katechumenką, otoczoną ludźmi niosącymi wiadomości na temat wiary, i mogłam odpowiedzieć z najgłębszym przekonaniem i pragnieniem serca: “Ale ja chcę Cię zabrać ze sobą do nieba!”
Bo odpowiedzieć na to pytanie mężowi, a jeszcze doprowadzić, aby mąż niewierzący i niepraktykujący był przychylny mojej wierze i uczestniczył w uroczystościach obrzędowych – to nie lada wyczyn!

Moim marzeniem było być w kościele na Mszy świętej i przystąpić do komunii.

Moja wiara dotychczas – to dialog z Panem Bogiem, westchnienia i wielka niemoc. Jesteś w kościele i kiedy wierzący idą do komunii, ty pozostajesz w ławce i nie możesz przyjąć Pana do serca. Chociaż bardzo byś chciała. Możesz być w porządku wobec Pana, ludzi, wobec siebie, otoczenia. Nie możesz przyjąć do serca Tego, którego darzysz miłością i zaufaniem. Pan, który Ci pomagał tyle lat, Pan, który pewnie kierował i otaczał miłością wszystkie twoje dni. A Anioł, Duch Święty, a Matka Boża do której wzdychałam? Nic. Wychodzisz z kościoła. Nic. Nie masz jak podziękować, nie masz jak okazać miłości, nie masz nic!!!!

Dlatego tak bardzo byłam szczęśliwa i spełniona, i dumna, kiedy przyjęłam Ciało Chrystusa. Moje marzenia i tęsknota serca spełniły się.
Miłość Jezusa jest wielka, czy podołam tej miłości? Czy będę umiała się odwdzięczyć? Czy nie zawiodę tej miłości? Nie wiem. Jedno wiem: droga, którą pokonałam to tunel ciemny, za rękę prowadziła mnie siostra Emilka, która cierpliwie pokazywał znaki. Pokazywała i uczyła miłości Chrystusa. Jak niewidomego uczyła dotknąć i poznać wiarę, nadzieję i miłość płynącą z Ewangelii.

Zofia

U źródła

Janka poznałam na zabawie w klubie studenckim. Nie był z naszej uczelni, na imprezie znalazł się przypadkowo, towarzysząc znajomym. Muzyka była głośna, więc najpierw…

Zakochani i puste kościoły
Janka poznałam na zabawie w klubie studenckim. Nie był z naszej uczelni, na imprezie znalazł się przypadkowo, towarzysząc znajomym. Muzyka była głośna, więc najpierw zauważyłam, że jest przystojny: wysoki, szczupły. Potem, gdy była możliwość rozmowy – że jest miły, dowcipny i błyskotliwy. Umówiliśmy na dzień następny i w krótkim czasie staliśmy się nierozłączni. Byłam szczęśliwa – zakochałam się z wzajemnością. W takim stanie wszystkie cechy partnera odbiera się pozytywnie. Do jednej cechy miałam zastrzeżenia. Okazało się, że „mój chłopak” pochodzi z rodziny ateistycznej i jest nie ochrzczony. Wrodzony optymizm utwierdzał mnie jednak w przekonaniu, że przy mnie, szybko się to zmieni. Jest przecież inteligentny, otwarty i z całą pewnością stanie się człowiekiem wierzącym.
Jego wiedza na temat naszej religii była dość uboga, w swoim domu spotykał nastawienie raczej negatywne. Argumenty, że moja wiara jest dla mnie bardzo ważna, jak również, że religia katolicka jest częścią naszej kultury, a on jako przyszły dziennikarz powinien ją przynajmniej znać, chyba go przekonały, bo sprawy religii i wiary zaczęły być obecne w naszych rozmowach. Zabierałam go ze sobą na spotkania Duszpasterstwa Akademickiego i Msze dla studentów. Towarzyszył mi również, gdy odwiedzałam kościoły poza Mszą św. Do dziś lubię znaleźć się w pustym kościele i w ciszy zebrać myśli, porozmawiać ze sobą i Panem Bogiem. Byliśmy sobie bliscy, rozmawialiśmy o ślubie, przyszłości, ale pomimo upływu czasu, z jego strony nie było ani deklaracji wiary, ani chęci ochrzczenia się.
Z czasem nasz, trwający parę lat, związek zaczęły nawiedzać nieporozumienia, konflikty i rozstaliśmy się. Przestaliśmy się kontaktować.
Po paru latach wyszłam za mąż i wyjechałam na długo za granicę. Byłam szczęśliwą żoną i mamą. Całkowicie pochłonęła mnie teraźniejszość. O swoich starych związkach myślałam bardzo rzadko, ale wspomnienie Janka budziło we mnie wrażenie źle wykonanej lub niedokończonej misji.

Po 22 latach
Minęło 22 lata od naszego ostatniego spotkania. Zadzwonił telefon. Głos znajomy, imię i nazwisko też. Spytałam dla pewności, czy to nie zbieżność nazwisk. Nie!!! To był On. Totalne zaskoczenie. „Czy coś się stało?” „Z całą pewnością nic złego” – zapewnił. Z dużą trudnością zdobył mój telefon (mieszkałam za granicą). Pytał o adres i możliwość przekazania mi pewnej przesyłki. Długo rozmawialiśmy, ale Janek nie wyjawił, o co chodzi. Podałam adres i czekałam.
Gdy przesyłka nadeszła i zapoznałam się z nią, długo siedziałam jak zamurowana. Były to jego artykuły i list do mnie. Wynikało z nich, że Janek czuje się człowiekiem wierzącym, chcącym się ochrzcić. W liście bardzo ładnie opisuje swoją drogę do wiary. Zaczął od naszych wspólnych wizyt w kościele. Szczególne znaczenie miały dla niego chwile skupienia w pustych kościołach. Okazało się, że nawet po naszym rozstaniu kontynuował je! Rozbudziło się w nim zainteresowanie duchową stroną człowieka.
Duże znaczenie miała dla niego postać papieża Jana Pawła II i Jego wspaniałe reprezentowanie katolicyzmu. Ogromną rolę odegrała żona Janka. Jest katoliczką, wzięli ślub w kościele – z dyspensą od przeszkody, bo on nie był ochrzczony. Janek dość poważnie podszedł do przyrzeczenia żony, że zrobi wszystko, co może, by dzieci ochrzcić i wychować „po katolicku”. Podobał mu się model rodziny, który zaproponowała i wprowadziła w życie jego żona. Wszystko to razem doprowadziło go, po kilkunastu latach, do przeświadczenia: Jestem wierzący!!! Chcę się ochrzcić!!!
Odnalazł mnie, bo chciał, żebym była świadkiem tej, tak ważnej, uroczystości. Stwierdził: „Ty ten cały proces rozpoczęłaś…”
Chrzest odbył się za jakiś czas i oczywiście uczestniczyłam w nim. Oprócz bliskich Janka, zaproszeni byli również mój mąż i moja mama, która zawsze go lubiła, zresztą z wzajemnością. Byliśmy bardzo wzruszeni. Chrzest odbywał się w skupieniu, w prawie pustym kościele. Udzielał go ksiądz, przyjaciel mojej rodziny, z którym Janek przed laty prowadził ciekawe dyskusje i powrócił do nich przed swoim chrztem.

Niezwykłe odkrycie
Jakiś czas potem, robiąc porządki, wśród rzeczy sprzed lat, znalazłam pudełko z dokumentami. Wśród „papierów” znalazłam plastikową okładkę od starego dowodu osobistego. Otworzyłam ją. W środku znalazłam dwie rzeczy: obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i… fotografię Janka. Znowu ogromne zaskoczenie – nie pamiętałam, kiedy obrazek i zdjęcie zostały razem spakowane, ale na pewno zrobiłam to już po naszym rozstaniu. Wzruszyłam się. Moja misja trwała nieprzerwanie, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Podświadomie powierzyłam Janka Takiej opiece, że ta sprawa nie mogła potoczyć się inaczej…

Monika

Ślad Bożego dotknięcia

W końcu kwietnia br. odezwał się mój kardiowerter, ponieważ fala często-skurczy spowodowała lawinę wyładowań. Szpital, w którym wylądowałem, skierował mnie do Kliniki na Kopernika w Krakowie, gdzie postanowiono dokonać ablacji…

W końcu kwietnia br. odezwał się mój kardiowerter, ponieważ fala często-skurczy spowodowała lawinę wyładowań. Szpital, w którym wylądowałem, skierował mnie do Kliniki na Kopernika w Krakowie, gdzie postanowiono dokonać ablacji, co w tej sytuacji wydawało się „ostatnią deską ratunku”.

Po pierwszej ablacji niespodziewanie odwiedziła mnie, będąca przejazdem w Krakowie, Siostra Alicja, znajoma skądinąd naszej rodziny. Długo ze mną rozmawiała, a ja wymęczony brakiem snu i dwugodzinnym zabiegiem, niezbyt dokładnie rejestrowałem rozmowę. Jednak wiem, że zwróciła Ona szczególną uwagę na nadzwyczajny splot zdarzeń, które miały miejsce w mojej sytuacji, a którymi kierowała bezsprzecznie Siła Wyższa. Mówiła w sposób ogromnie sugestywny o nadziei i konieczności pełnego zaufania Bogu. Za Jej namową postanowiłem poprosić księdza o Sakrament Chorych.

Po Jej odwiedzinach kolejny częstoskurcz spowodował konieczność interwencji lekarskiej. Był najsilniejszym z dotychczasowych. Wydawało mi się, że to już koniec, więc tylko w myślach mogłem powtarzać „Jezu, ufam Tobie”. Pomału życie zaczęło wracać. Działania lekarzy dały pozytywny wynik.
Rano otrzymałem Sakrament Chorych i tuż po nim dowiedziałem się, że będzie drugi zabieg ablacji.

Zdawałem sobie sprawę, iż jest to nadzieja ostateczna. Przypomniałem sobie słowa Siostry Alicji: „Pan Bóg nie znosi fuszerki, zaufaj Mu, a wszystko będzie dobrze”. Zaufałem Panu Bogu jadąc, bez jakiejkolwiek bojaźni, na salę operacyjną. Druga ablacja dała bardzo dobry rezultat. Częstoskurcze zniknęły, arytmia także. Sam nie dowierzałem, że może to być koniec moich kłopotów. Po czterech dniach zostałem wypisany do domu i od tej pory wszystko, co złe, odeszło.

Tą drogą pragnę najserdeczniej podziękować Siostrze Alicji za Jej niezwykłe, w tych trudnych chwilach, POCIESZENIE. Takiego właśnie wspaniałego wsparcia można by życzyć wszystkim cierpiącym i ciężko chorym. Życzę więc Siostrze Alicji wielu Łask Bożych w kolejnych nieocenionych posługach.

Andrzej Kominko
Sanok, czerwiec 2013

Mój szlak

Bycie chrześcijaninem jest łatwe i trudne zarazem. Łatwe – bo zasad nie jest tak wiele, jak się wydaje. Trudne, ponieważ choć jest ich niewiele, to codzienne ich przestrzeganie wymaga stałej czujności, wielkiego panowania nad sobą. W porównaniu z drogą, która przywiodła na ulicę św. Marka…

Bycie chrześcijaninem jest łatwe i trudne zarazem. Łatwe – bo zasad nie jest tak wiele, jak się wydaje. Trudne, ponieważ choć jest ich niewiele, to codzienne ich przestrzeganie wymaga stałej czujności, wielkiego panowania nad sobą.

W porównaniu z drogą, która przywiodła na ulicę św. Marka niektórych innych katechumenów, moja może się wydawać niezbyt skomplikowana. Przez ćwierć wieku życia nie byłem ani specjalnie religijny, ani jednoznacznie nie odrzucałem Boga. Kiedy sobie o Nim przypominałem, indywidualnie przeżywałem swoją z Nim relację. Niemniej relacja ta była nieuporządkowana, i choć Biblia nie była mi obca, a i kilka razy w życiu uczestniczyłem w nabożeństwach, to jednak brakowało mi narzędzi, które mogłyby moją wiarę uporządkować.
Zbliżająca się perspektywa małżeństwa przyspieszyła moją decyzję. Oczywiście przyjmowanie sakramentów tylko po to, żeby w momencie ślubu „być w porządku”, samo w sobie nie jest w porządku. Jednak w moim przypadku chodziło o pogłębienie i uporządkowanie wiary oraz relacji z Bogiem – ślub stał się dobrą okazją.

O spotkaniach prowadzonych w kościele św. Marka dowiedziałem się, idąc ulicą Sławkowską. Wtedy właśnie zobaczyłem transparent wywieszony na samym kościele. Dowiedziałem się o porach i godzinach spotkań i pewnego wieczoru poszedłem. Byłem wtedy bardzo spięty i praktycznie całą mszę stałem w kruchcie – dotarłem bowiem już w trakcie nabożeństwa i nie chciałem nagle wchodzić, aby nie stwarzać zamieszania. Później jednak, już po mszy, gdy przyszła pora na katechezę wygłaszaną przez księdza, siedziałem i słuchałem z dużym zainteresowaniem, konfrontując jego wykład z własnymi doświadczeniami i wiedzą.

Po tych pierwszych, niepewnych krokach, szybko złapałem rytm. Oprócz rzeczonych mszy z katechezami dochodziły cotygodniowe spotkania z siostrą-katechistką, z którą omawiałem swoje przemyślenia na temat Boga, Pisma Świętego i ich wpływu na moje życie. Z biegiem czasu czułem się w kościele coraz pewniej i coraz bardziej świadomie słuchałem słów liturgii mszalnej, które pobudzały moje własne myśli o Bogu.

W spotkaniach katechumenatu uczestniczyłem chętnie, gdyż spotykałem tam jasne i zrozumiałe wprowadzenie do wiary katolickiej, a także niezwykle przyjazną atmosferę ze strony zarówno współtowarzyszy w drodze do chrzcielnego źródła, jak i tych, którzy nas prowadzili – sióstr jadwiżanek i świeckich katechistów. Przez cały czas wielkie wrażenie robiła na mnie siostra Alicja, kierująca całym przedsięwzięciem – rzadki przykład osoby, która potrafi robić dziesięć rzeczy jednocześnie i to na najwyższym poziomie. Potem, kiedy już do chrztu było coraz bliżej, przydzielono mi ojca chrzestnego (nikt z mojej rodziny nie jest praktykującym katolikiem). On również okazał się człowiekiem niezwykle sympatycznym, z którym prowadziłem bardzo interesujące rozmowy. Działał w ośrodku jako katechista, a na bożonarodzeniową agapę przygotowywał ciasta – prawdziwy człowiek renesansu. Generalnie, społeczność, w której się znalazłem, była bardzo życzliwa. Dzięki niej pojąłem znaczenie wspólnoty w chrześcijaństwie.

Z drugiej strony, do chrzcielnego źródła szli wszyscy razem, ale każdy we własnym tempie. Ośrodek kształtował w nas zarówno potrzebę wspólnotowego praktykowania wiary, jak rozwijania własnej, indywidualnej relacji z Bogiem. W czasie tej drogi pozbyłem się niektórych problemów, które, jak mi się zdawało, stały na przeszkodzie pełnemu odczuwaniu Bożej miłości. Jestem człowiekiem, który kieruje się w życiu bardziej rozumem niż uczuciami, więc o ile rozumiałem teoretycznie zasady wiary chrześcijańskiej i skutki ich przestrzegania, o tyle trochę niepokoiła mnie własna niezdolność do wewnętrznych przeżyć związanych z Bogiem. Miałem wiele przemyśleń, ale mniej emocji. Jednak nie było się czym martwić: po prostu każdy przeżywa tę relację po swojemu, stosownie do własnych możliwości duchowych. Jednemu wystarczy uczestnictwo w niedzielnej Mszy Świętej, podczas gdy drugi chodzi do kościoła nawet po kilka razy w tygodniu – i żaden z tych dwóch nie jest gorszy od drugiego.

Co jakiś czas natrafiam na wypowiedzi ludzi, którzy odczuwają obecność Bożą, wpływającą na nich ze wszech miar pozytywnie. Martwiłem się, że nie odczuwam Jego obecności. Potem jednak zrozumiałem, iż takie poczucie, choć niewątpliwie wspaniałe, nie jest koniecznym warunkiem bycia człowiekiem wierzącym. Często przywoływana przez moją katechistkę św. Teresa z Lisieux cierpiała właśnie z tego powodu, że nie odczuwała obecności Boga. Podobne cierpienia przeżywała matka Teresa z Kalkuty. W ich przypadku zapewne problem spotęgowany był tym, że już tę Obecność wcześniej poznały – ja natomiast zwyczajnie nie wiem, co mnie omija. Na podobnej zasadzie utrata wzroku jest tragedią dla człowieka, który wcześniej widział, zaś niewidomy od urodzenia nie ma aż takiej świadomości straty. Tymczasem wiara polega również i na tym, że można nie odczuwać w sposób niewątpliwy, że „On jest tu, On żyje”, a mimo to w Niego wierzyć.

Trzeba jednak przyznać, że w pewnym momencie rzeczywiście odczułem wprawdzie nie obecność, ale działanie Boże. W owym czasie przeżywałem bardzo uporczywe problemy nerwicowe, które znacząco komplikowały mi życie. Kiedy zacząłem się regularnie modlić o uzdrowienie, problemy te po jakimś czasie uległy zdecydowanemu złagodzeniu. Nie miałem wątpliwości, że stało się tak za sprawą odnowionej i wzmocnionej więzi z Bogiem.

Katechumenat kształtuje spojrzenie na chrześcijaństwo, które pozwala na świadome i pozytywne przeżywanie wiary. Bycie chrześcijaninem jest łatwe i trudne zarazem. Łatwe – bo zasad nie jest tak wiele, jak się wydaje. Trudne, ponieważ choć jest ich niewiele, to codzienne ich przestrzeganie wymaga stałej czujności, wielkiego panowania nad sobą. Praktycznie nie da się żyć tak, aby ich w którymś momencie nie złamać. Fakt, że niemożliwe jest w ogóle nie grzeszyć, nie powinien jednak zniechęcać. Życie polega na ciągłej walce z grzechem i własną niedoskonałością, ale nie chodzi o to, by nie upadać, ale by po upadku powstać, zastanowić się, co było jego przyczyną, i podjąć starania, by już się nie powtarzał.

Jednym z najlepszych świadectw tego, jak u nas w katechumenacie łączyło się indywidualne podejście do Boga z doświadczeniem wspólnoty, były skrutynia wielkopostne. Analizowaliśmy wówczas grupowo fragmenty Ewangelii, wymieniając się spostrzeżeniami, i każdy mówił o jakimś innym aspekcie, który szczególnie zauważył. Szczególnie zapadła mi w pamięć należąca do naszej grupy Chinka. Wychowana w zupełnie innej niż nasza kulturze, zwracała uwagę na takie szczegóły, które mnie nie przyszłyby do głowy.

Gdy w końcu nadeszła Wigilia Paschalna i stanęliśmy na ostatnim odcinku drogi do źródła, przez cały dzień odczuwałem niezwykłą podniosłość tego, co ma się zdarzyć. Swoje odczucia w czasie samego rytuału chrztu (a także bierzmowania i Eucharystii) słabo pamiętam. Chyba byłem skupiony na tym, by wykonać wszystko, co do mnie należało, jak najlepiej, i nie zakłócić przebiegu uroczystości. Potem jednak, gdy wyszliśmy z Katedry Wawelskiej w procesji na cześć Zmartwychwstałego Chrystusa, nastąpił szczytowy moment podniosłości.
Dotarło do mnie, że w moim życiu zdarzyło się właśnie coś niezwykle ważnego, i to akurat w wieczór upamiętniający zwycięstwo Syna Bożego. Wtedy odczuwałem niesamowitą jedność z otaczającą mnie wspólnotą, ze wszechświatem, i wiedziałem, że od tej pory jestem dzieckiem Bożym i jak nigdy wcześniej jest Ojciec, Skała i Źródło, u którego zawsze znajdę wsparcie.

Po tak podniosłej uroczystości i wielkim przeżyciu, kiedy opuściłem katedrę, ogarnęła mnie wielka radość, a zarazem nastąpiło maksymalne odprężenie. Musiałem się wydawać przechodniom podejrzanie wesoły, gdy tak szedłem przez Planty z wielką świecą w ręku. Jednak głębsze zrozumienie tego, co nastąpiło w Wigilię Paschalną, nastąpiło jeszcze później.

Dziś, z perspektywy dwóch lat, wspominam czas katechumenatu jako przełomowy dla kształtowania się mojej chrześcijańskiej duchowości. Chodząc później do swojego kościoła parafialnego, z początku czułem się niepewnie, bo prawie nikogo tam nie znałem, nikt ze śpiewających nie dorównywał kunsztem wokalnym siostrom jadwiżankom, a organy były elektryczne. Jednak skupiłem się na przeżywaniu tajemnicy Eucharystii, na uważnym słuchaniu słów Ewangelii. Kościół nie jest już dla mnie miejscem, w którym czuję się niepewnie. Nie zapominam także o osobistej modlitwie poza świątynią, o powierzaniu Bogu swych codziennych problemów. Wtedy, gdy przyjmowałem chrzest, wytyczony został dla mnie szlak, którym mam kroczyć. Wierzę, że będę nim kroczył, i jeśli nawet nie całkiem po linii prostej, to zrobię wszystko, by z niego nie zboczyć.

Jakub

Meandry i znaki

Czy taki chrzest, załatwiony sprytnie, byłby równie dobry? Formalnie na pewno, ale czy po to przeszedłem tak długą drogę, żeby iść na skróty? Tyle osób pytało mnie, dlaczego chrzest. Co mnie do tego skłoniło? Dlaczego akurat teraz?

Tyle osób pytało mnie, dlaczego chrzest. Co mnie do tego skłoniło?

Dlaczego akurat teraz? Spodziewali się pewnie aktów co najmniej na miarę objawienia św. Pawła, a ja nie miałem i nie mam na to żadnej spektakularnej odpowiedzi. A to była długa droga, zebranie kamyczków i znaków, które ułożyły się w potrzebę pełnego uczestnictwa w Kościele.

W liceum trafiłem do świetnej klasy pełnej ludzi inteligentnych i otwartych. Byłem tam jedyną osobą jawnie deklarującą ateizm. Ileż godzin przedyskutowaliśmy na tematy teologiczne, poczynając od kwestii „czy Bóg istnieje”, ach uśmiecham się na myśl tej młodzieńczej żarliwości… To pierwsze zetknięcie, choć przez barykadę, z Bogiem, który zamachał do mnie „a jednak jestem, nawet jeśli we mnie nie wierzysz”. Wspaniałe było to, że w wierzącej dominacji, nigdy nie poczułem się odtrącony, nie byłem „poza”.
W czasie studiów poznałem i pokochałem M, która była wierząca, nigdy nie próbowała mnie namówić na przyjęcie chrztu, dziś wspominam z zachwytem jej tolerancję, a może raczej wyczucie sytuacji, że wtedy nic by nie wskórała… Wzięliśmy ślub konkordatowy. Potem czasami chodziłem z nią na mszę niedzielną, jak dzielić życie to w całości, bez wyjątków, prawda?

7 lat małżeństwa przerwane chorobą i śmiercią. Zostałem z córką w przedszkolnym wieku, życie się pokomplikowało i wymagało przeorganizowania. Pamiętałem o swoim przyrzeczeniu ze ślubu, że córka nasza będzie wychowana w wierze katolickiej, Msza niedzielna była wpisana w weekendowy plan zajęć. Siłą rzeczy trudno było uniknąć pytań dziecka o Kościół, o wiarę, o sens chodzenia do kościoła i modlitwy. Więc starałem się odpowiadać według swojej najlepszej wiedzy i czucia, tak, tak, nieochrzczony poganin wyjaśniający dziecku tajniki wiary!

Wyjechaliśmy na długie lata za granicę, Włochy, wymagająca praca dla międzynarodowej korporacji, liczne podróże służbowe, tułaczka zwana przez postronne osoby permanentnymi wakacjami. Wiele znaków i meandrów na drodze do Boga. Bliskość Watykanu, świętych miejsc, Jan Paweł II spotkany niespodzianie podczas zwiedzania ogrodów watykańskich, tyle osób odwiedzających mnie, dla których Rzym to jest miasto święte, a potem dopiero miejsce do turystycznego zwiedzania.

To był też czas podjęcia próby wejścia w nowy związek, zbudowania nowego domu. Związek niesakramentalny, ślub cywilny, dziecko, blaski i cienie, śmiech i łzy. Rozstaliśmy się po kilku latach. I mam drugą córkę, dziś potrafię ten dar Boga w pełni docenić!

Poznana siostra zakonna z dalekiej misji w rozmowie wykrzyknęła przejęta „Bóg ci wszystko może wybaczyć, ale bez chrztu nie wpuści cię do nieba! Ochrzcij się!”. Takiego wykrzyknika nie mogłem puścić mimo uszu i trzeba było się nad tym zastanowić. Ale jakież znaczenie dla Boga może mieć ta odrobina wody i papierek z kancelarii parafialnej? Przecież Bóg wie o mnie wszystko, zna moje czyny i intencje, czy jest mu coś tak formalnego potrzebne, żeby zdecydować o moim zbawieniu lub nie?

Dołączyłem do włoskiej grupy katechumenalnej, po parunastu spotkaniach poddałem się. Trudności językowe, oj jak trudno rozmawiać o tajnikach i niuansach wiary w nie-ojczystym języku. Najwyraźniej Bóg chciał się upewnić, żebym Go dobrze rozumiał.

Powrót do Polski, wielka zmiana na małe miasto na południu kraju, zorganizowanie nowego miejsca do mieszkania, nowych relacji, nowej pracy. Córka w nowej szkole. I nieustannie w niedzielę chodziliśmy do kościoła… Podjąłem próbę drugą. Polecony proboszcz w sąsiedniej miejscowości. Rozmowa, z której pamiętam mój odbiór księdza: „ojej, i co ja mam z takim delikwentem zrobić?”. Miał zadzwonić po Wielkanocy, jak będzie miał więcej wolnego czasu. Gdy zadzwoniłem w maju, to był czas komunii, a w czerwcu rozpoczął się sezon urlopowy, jakoś wcześniej nie przyszło mi do głowy, że księża też maja urlopy…. Czy Bóg sprawdzał moją wytrwałość?

Przeprowadzka do Krakowa. Trzecie podejście i tu już poszło gładko, trafiłem do katechumenatu przy kościele św. Marka. Jadwiżanka, siostra Alicja, przyjęła mnie życzliwie i ze standardowym „dlaczego?”. Wspominam jej początkową nieufność i moje zniecierpliwienie. Po co tyle pytań, tyle katechez, tyle formuł? Dlaczego to ma trwać aż rok!?

Akurat się zdarzyło, ze trafiłem do szpitala, na obserwację, sprawa drobna, choć teoretycznie w każdej chwili mogłem pójść na salę operacyjną. I przyszła myśl, że jeśli powiem księdzu, który przychodził do szpitala, że grozi mi operacja, że ryzyko i że ja bym chciał chrzest (sama prawda przecież!), to zapewne dostałbym go od ręki bez żadnych długich wstępów! Czy taki chrzest, załatwiony sprytnie, byłby równie dobry? Formalnie na pewno, ale czy po to przeszedłem tak długą drogę, żeby iść na skróty?

Długi rok, nauk i obrzędów, pokory nauczyłem się wiele, s. Alicja z wielkim zaangażowaniem mnie prowadziła przez katechezy, nie raz wdając się w potyczki z pokazującymi pychę kawałkami mojej duszy. W Wielką Sobotę dotarło moje ciało i dusza na Wawel, w pełnym blasku świec, trudno było nie dać się wzruszeniu, że oto Bóg pozwolił dotrzeć celu. Po tylu latach stania ukradkiem w ostatnim rzędzie ławek, radość bycia w miłości Boga.

Teraz nowe życie i nowe pytania, jak dalej mam żyć? Co dalej? Jaką drogę dla mnie, Boże, wybrałeś? Codziennie pytam się, jak wypełniać życie w miłości Boga i staram się najlepiej jak potrafię to realizować. Na miarę danych mi zdolności i sił. Wędruję po mojej krętej, ludzkiej drodze, schodząc ze ścieżki właściwej i wracając na nią, w modlitwie prosząc by mi nie było dane błądzić zbyt długo.

Arkadiusz

Modlitwa nawróconych

„Michale! Przyjąłeś Eucharystię, bierzmowanie – co teraz? Małżeństwo? Kapłaństwo?” – siostra Alicja z entuzjazmem i swoim rozbrajającym uśmiechem podsumowała – jak mi się wtedy zdawało – finalny akt mojego nawrócenia. A może to nie koniec pytań o wiarę? Pierwsze moje zetknięcie z Kościołem…

Modlitwa nawróconych
„Michale! Przyjąłeś Eucharystię, bierzmowanie – co teraz? Małżeństwo? Kapłaństwo?” – siostra Alicja z entuzjazmem i swoim rozbrajającym uśmiechem podsumowała – jak mi się wtedy zdawało – finalny akt mojego nawrócenia. A może to nie koniec pytań o wiarę?

Nieudany start

Pierwsze moje zetknięcie z Kościołem katolickim i wiarą było jak nieudana próba wzbicia się samolotu w przestworza. We wczesnym dzieciństwie – miałem, o ile dobrze pamiętam, około 5 lat – uczęszczałem na katechezy dla dzieci organizowane przy kościele w Mistrzejowicach w Nowej Hucie, gdzie mieszkałem. Wtedy to kształtowała się już świadomość wiary – na tyle, na ile dziecko potrafi ją zrozumieć. „Kim będziesz, Michałku, jak dorośniesz?”. Odpowiadałem: „Księdzem”. Niestety, trochę później ta fascynacja rozbiła się o twardy bruk rzeczywistości wczesnych lat osiemdziesiątych. W szkole podstawowej synowi milicjanta (ojciec był, jak niektórzy mawiali, bardziej marynarzem, gdyż pracował w milicji, później policji wodnej) było naprawdę ciężko. To, że moi rówieśnicy często szydzili ze mnie i spychali na bok, było jeszcze do przełknięcia. Ale co najmniej dziwne było dla mnie to, że ową marginalizację pogłębił pewien ksiądz, pytając, gdzie pracuje mój ojciec. Zaraz potem stwierdził, że nie ma mowy, abym przystąpił do Pierwszej Komunii świętej. I tak byłem zawsze z boku tej „szkolnej społeczności katolickiej”. Zawirowania tamtych lat odbijały się często na moim życiu. Owszem, miałem przyjaciół. Lecz kiedy np. na podwórku wykrzykiwali wniebogłosy: „Solidarność! Solidarność!” – wystawiony poza nawias tego wszystkiego uważałem, że mnie akurat nie wypada tego robić, bo była to sprawa ludzi chodzących do kościoła, a ja nie często tam bywałem. Dzień, kiedy moja klasa przystępowała do Komunii świętej, był dla mnie jednym z najgorszych. Świadomość nieskończonej dobroci Boga kłóciła się w mojej ocenie właśnie z tamtym dniem. Wtedy nie rozumiałem, dlaczego tak musi być.

Grzech i pustka
Po śmierci ojca jako trzynastoletni chłopiec przestaję być już dzieckiem. Namnaża się wiele problemów w domu. Próbuję uciec w świat, który początkowo intryguje. Mieniący się wieloma barwami czas młodzieńczych zabaw wciąga mnie bez reszty. Alkohol, papierosy – w moim mniemaniu pozwalało to wszystko być niezauważonym przez otoczenie. Obecność Boga była przeze mnie negowana w taki czy inny sposób. Nienamacalne nie istniało. Nie znałem Pisma Świętego poza tym, że było obowiązkową lekturą w liceum. Przeczytałem je jak zwykłą książkę i zaliczyłem na ocenę – nie pamiętam już jaką. Mimo wszystko jednak przez całe życie, czasami nawet w dużym stopniu, kierowało mną sumienie. Okres szkoły średniej z jednej strony to wciąż pasmo zabaw, szaleństw i pierwszych miłości, z drugiej strony w pewnym momencie zaczął się czas poszukiwań. Czego? Sam nie byłem w stanie chyba stwierdzić. Pustka przepełniała moje życie z dnia na dzień. Czym ją wypełnić, jeżeli ma się bardzo ambiwalentne odczucia do wiary i samego Kościoła?

Boże jakikolwiek i gdziekolwiek – która ścieżka?

Bóg zapala światło
My, Polacy, którzy Ojca Świętego Jana Pawła II traktujemy jak własnego ojca, my, niewdzięczni jego synowie i córki, opłakujemy go dziś łzami goryczy i tęsknoty za Bogiem w jego słowach. Przyjmijmy jego nauki, aby nie musiał się za nas wstydzić w domu Pana. Śmierć polskiego papieża poruszyła mną, choć wciąż byłem – można powiedzieć – poza Kościołem. Wtedy okres mojego życia wciąż był czasem poszukiwań – tym razem pracy. Ciągła gonitwa za pieniądzem sprawiała, że stawałem się otępiały i zamknięty wobec prawdziwego życia, świata i ludzi. Uśmiechałem się tylko do tych, którzy uśmiechali się do mnie, a pragnąłem miłości. W końcu odkryłem w swojej duszy pragnienie, które tkwiło tam przez lata, lecz nieustannie było tłumione. Sygnałem do jego odkrycia był na początku fakt, że moja siostra poprosiła, abym był ojcem chrzestnym dla jej dziecka. Sprawiło to, że pomyślałem o przyjęciu sakramentów Eucharystii i bierzmowania. Ochrzczony już byłem, więc w taki to sposób Bóg się o mnie upomniał. W kościele św. Marka w Krakowie znajdował się Katechumenat, w którym można było przyjąć sakramenty jako dorosła osoba. Poszedłem tam ze swoją dziewczyną, która chciała przystąpić do bierzmowania. Rozmawialiśmy z bardzo sympatycznym księdzem – w swoim telefonie zapisałem jego numer pod nazwą ksiądz Piotr. Lecz wówczas nasz zapał okazał się być jednak zbyt słaby, ponieważ zapomnieliśmy później do niego zadzwonić, a chrzestnym nie zostałem. Dopiero po dłuższym czasie poszliśmy tam znowu za namową mojej mamy. Wtedy to nauczyłem się, że nieudany start w przestworza trzeba bez strachu powtarzać do skutku. Ksiądz Piotr bardzo się ucieszył, że odnalazły się „zagubione owieczki”. Nie zapomnę pierwszej Mszy dla katechumenów. Weszliśmy na nią przy śpiewie sióstr z zakonu św. Jadwigi Królowej, które to prowadziły tam indywidualne katechezy z każdym z osobna. Przekroczyłem wtedy próg kościoła i zostałem tam na zawsze.

Dobry Boże, przychodzę do Ciebie taki mały, nędzny, z duszą jak popiół. Czy obejmiesz mnie ramionami, jakbyś syna obejmował?

Komnaty Pana Boga
Czas katechez był dla mnie odkrywaniem nowego świata i doznań. Odnajdywaniem Boga żywego i przeżywaniem cierpień Chrystusa. Nauki, które prowadziła ze mną s. Alicja, były jak przeprowadzka do nowego domu, gdzie odkrywa się nowe pokoje, w których naprawdę chce się mieszkać, bo człowiek dobrze się w nich czuje. Były to dla mnie komnaty Pana Boga. Jeżeli wcześniej czytałem Pismo Święte, to czytałem je jakby przez brudną zamazaną szybę. Na katechezach indywidualnych, dzięki naukom siostry Ali, efektu brudnej szyby już nie było. Poznawałem tam tajemnice obrządków katolickich. W końcu obchodziłem każde święta, jak powinien obchodzić je chrześcijanin. Zacząłem wreszcie mówić otwarcie o sprawach wiary. Zacząłem się modlić. Spotkałem na swej drodze Chrystusa. Ks. Piotr i s. Alicja kształtowali mnie na człowieka wiary, za co jestem niezmiernie wdzięczny im i Panu Bogu. Kiedy przyjmowałem Pierwszą Komunię świętą, byłem naprawdę szczęśliwy i zrozumiałem, że każdemu jest przypisany jego czas na przyjęcie Jezusa.

Chryste, Ty, który uzdrawiałeś tak wielu, dziś uzdrowiłeś i mnie. Wyleczyłeś mnie z głuchoty, bo mogę usłyszeć Twe słowa. Wyleczyłeś mnie ze ślepoty, bo mogę dostrzec w ludziach i ich cierpieniu właśnie Ciebie. Stawiasz na mej drodze drogowskazy w postaci ludzi i zdarzeń, które pozwalają mi stać się lepszym człowiekiem. Z wdzięcznością za to wszystko i z wielką radością przyjmuje Cię do serca.

Czas próby
Po skończonym obrzędzie bierzmowania wygłaszałem przemówienie w podzięce do Ks. Biskupa Pieronka, który nas bierzmował. Nie pamiętam dokładnie wszystkiego, co mówiłem, ale wiem, że wypowiadałem się o mocy Ducha Świętego. Powiedziałem też, że wychodząc z kościoła pójdziemy w świat bardzo silni. Ks. Biskup Pieronek z uśmiechem na twarzy skwitował to krótko i stanowczo: „Idźcie więc silni!” Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo ta siła będzie mi potrzebna. Dwa miesiące później coś niedobrego zaczęło się dziać z moim zdrowiem. Czułem się coraz gorzej z dnia na dzień, aż w końcu trafiłem do szpitala. Słabego i ledwo żywego przewieziono mnie na oddział hematologii. Czekałem na wyniki badań szpiku kostnego i diagnozę. Bałem się. Najbardziej o to, jak zniosą to wszystko moi bliscy. Młody lekarz w rozmowie ze mną niezrozumiale dla mnie tłumaczył, co mi właściwie jest, powtarzając niejasno: „Ta choroba…” – jakby unikając wydania na mnie wyroku. „Choroba ta charakteryzuje się przerostem limfocytów; choroba ta może mieć chromosom Filadelfia; pana choroba…” .Zniecierpliwiony przerwałem i zapytałem. „A czy ta choroba ma jakąś nazwę?” – „Ma” – odpowiedział z entuzjazmem i uśmiechem, jakże innym od tego, jakim obdarzyła mnie siostra Alicja jeszcze niedawno, pytając: „Michale, przyjąłeś Eucharystię, bierzmowanie – co teraz? Małżeństwo? Kapłaństwo?” – „Ostra białaczka limfoblastyczna”.

Panie, czy ciężar tego krzyża nie będzie zbyt wielki? Może nie jestem zbyt pilnym uczniem, że tą nauką mnie jeszcze obarczasz? Pragnę odnaleźć Cię w tym cierpieniu.

Księga cierpienia
Otwieram zatem księgę cierpienia. Na pierwszych jej stronnicach ból, niepewność trochę łez. Szukam modlitwy, dialogu z Bogiem. W żyłach chora krew miesza się z chemią (dostaję chemioterapię); a w głowie niepewność, ze świadomością, że mogę umrzeć. Po korytarzu szpitalnym snują się ludzie, również chorzy. Bez włosów na głowie, wychudzeni. Przedtem takie obrazki widziałem tylko w telewizji, teraz sam staję się żywym szkieletem. Przytłacza mnie smutek moich bliskich. Kolejne rozdziały księgi cierpienia to zetknięcie ze śmiercią. Ktoś umiera w łóżku obok. Za każdym razem, kiedy się tak dzieje, wyczuwam śmierć niemalże zmysłem zapachu. W myślach wciąż powtarzam sobie na okrągło: „śmierć to nie koniec, śmierć to nie koniec” – tak myśli chrześcijanin. „Nie poddam się” – tak robi chrześcijanin. Przez głowę przewija się wiele przemyśleń. I zamykam księgę cierpienia, bo niemal w jednym momencie dostaję od Boga odpowiedź na wszystko. Usłyszałem wreszcie, co do mnie mówi. Powiedział: „Popatrz, co ode Mnie dostałeś”. I ogarnęła mnie wielka radość, bo wiem już, jak bardzo cenny otrzymałem dar. Dar życia. Każdy jego szczegół, każda jego minuta, chwil dobrych i tych złych, jest tak bardzo cennym skarbem, którego tak często nie dostrzegamy. Ludzie, których spotykamy w swoim życiu, to również dar. Potrafię teraz zrozumieć chorych i cierpiących. Doznałem tutaj chwil samotności, dlatego teraz wiem, jak ważna jest miłość do bliźniego. Wiem, że to wszystko, co mi się przytrafia, jest nauką. Już się nie boję.

Panie Boże, dziękuję Ci, że obdarzyłeś mnie chorobą, która dała mi doświadczenie daru życia. Jakże bliższa jest mi dziś męka Chrystusa, który cierpiał przez miłość do nas. Dziękuję za ludzi, którzy byli przy mnie. Już wiem, że ważny jest każdy człowiek, każde istnienie, które można obdarzyć miłością.

Zwycięstwo
Po dłuższym czasie dzięki lekarzom i dzięki człowiekowi, który był dla mnie dawcą szpiku kostnego; udało się wyleczyć białaczkę. Ot, taki piękny scenariusz zwycięstwa opracował dla mnie Pan Bóg. Dziś, czasami tak zwyczajnie po ludzku, targają mną zwątpienia i smutki. Ale teraz potrafię je szybko rozwiać, bo wiem, że nie jestem sam. Jest to tak piękne i trudne do opisania słowami. Jest we mnie miłość do Boga. I bardzo pragnę tę miłość wyrażać wszystkim, co dobre w człowieku. Chrystus swym zmartwychwstaniem zwyciężył śmierć. Myślę, że tym samym nauczył i nas, jak zwyciężać w swoich codziennych sprawach małych czy wielkich. Nieważne, czy wygrywamy z ciężka chorobą, czy ocieramy łzę z policzka dziecka. Wszystko to jest wielkim zwycięstwem dobra nad złem. I cieszmy się tak samo ogromnie za każdym razem z tych zwycięstw. Cieszmy się życiem, które dał nam Pan.

Dobry Boże, prosimy Cię, bądź światłem latarni dla tych, którzy zagubili się na morzu zwątpień, przez niesprawiedliwość, cierpienie i krew płynącą po bruku nienawiści. Obdarz ich łaską nadziei, bo zbyt wiele na tym świecie grobów tych, którzy Ciebie nie poznali. Prosimy Cię więc, stań na drodze żywych, tak jak stanąłeś na naszej drodze. Wysłuchaj nas. Wysłuchaj modlitwy nawróconych. Amen.

Michał

Drodzy Katechiści, szczęść Boże!

Okazało się, że mój poprzedni list może trafić do Internetu, więc przesyłam nieco zmodyfikowane moje refleksje na temat katechumenatu. Łatwiej mi jednak, pisząc, zwracać się do konkretnych osób (a nie do bezosobowego „kosmosu”), będę mieć więc przed sobą w wyobraźni Wasze twarze i oczy.

Okazało się, że mój poprzedni list może trafić do Internetu, więc przesyłam nieco zmodyfikowane moje refleksje na temat katechumenatu. Łatwiej mi jednak, pisząc, zwracać się do konkretnych osób (a nie do bezosobowego „kosmosu”), będę mieć więc przed sobą w wyobraźni Wasze twarze i oczy.

Okres katechumenatu – to czas myślenia o sprawach ważnych, jestem o tym przekonana i podoba mi się to. Dobrze, że można schronić się w murach kościoła przed zgiełkiem, paniką, bałaganem tzw. życia świeckiego. Dobrze, że działają w Kościele radykalne, ale i proste zasady (tak sobie wyobrażam). Człowiek (jak dziecko) chciałby wiedzieć dokładnie i jednoznacznie, co jest czarne, co białe, co dobre, co złe. Takie posegregowanie, uporządkowanie według czarno-białego modelu z pewnością jest trudne, ale konieczne, i wcale nie jest prostackie. Przed podjęciem istotnego działania musimy przecież podjąć jednoznaczną decyzję – „tak” lub „nie”.

Dobrze, że są Siostry i Księża – istoty w specjalnych szatach i o specjalnej wrażliwości. Wyciągają do nas – katechumenów (a teraz już neofitów) – pomocną dłoń i otaczają opieką, przekazują Pismo Święte i podają mleko z miodem (jak wtedy po chrzcie w kaplicy na Wawelu). To ważne, że w czasach obojętności, cynizmu są cierpliwe osoby, które spoglądają na nas życzliwie, ciepło, aprobująco, wybaczająco (tak czuję). To ważne, żeby wybaczyć nam (często znajdującym się na różnych życiowych zakrętach) niezręczności w zachowaniu czy słowach. Nie znamy przecież jeszcze dobrze zwyczajów, stylistyki języka, kodu, obowiązującego wśród katolików. Wspaniale, że dajecie nam porcję obycia religijnego, wydobywacie ze swoich podopiecznych wrażliwość i kierujecie ich oczy i serca ku wartościom trwałym, wiecznym. Indywidualne spotkania z katechistami (lub w małych grupach) mają dla mnie wartość szczególną.

Prywatność wyznań, intymna atmosfera sprzyjają głębi i autentyzmowi przeżyć religijnych, wtedy mogą paść najważniejsze słowa, mogą się nawet polać łzy wzruszenia czy skruchy. W delikatnej materii pracujecie, kochani katechiści! Podziwiam siostry i księży za to, że poświęcili się takiej misji i biorą na swoje głowy problemy, łzy, tragedie, biorą też w pewnym sensie odpowiedzialność za tych, którzy zwracają się do Kościoła o pomoc jak po ostatnią deskę ratunku.

Pismo Święte poznawałam dogłębnie i całościowo, odkryłam Biblię w sposób „prywatny”, jak gdyby niektóre słowa skierowane były do mnie osobiście. Znajdowałam tam analogie do sytuacji z mojego życia, wskazówki, rady. Bywało, że doznawałam autentycznego olśnienia – czyżby już wtedy o tym wiedziano? Natura ludzka już wtedy miała takie problemy? To ja nie jestem pierwsza, która o tym pomyślała?! To moje początkowe „wzburzenie” prowadziło do uporządkowania (mam nadzieję) – świat stawał się jaśniejszy i prostszy. Zainteresowanie Biblią z mojej strony to nie słomiany zapał – zachwyt trwa nadal (użyłam „czasu teraźniejszego”, spodziewam się „czasu przyszłego”).

Jakie jeszcze zmiany nastąpiły w moim życiu osobistym? Modlę się. Robiłam to oczywiście wcześniej pod szyldem – refleksje, rozrachunki, marzenia. Tkwił przecież we mnie jakiś pierwiastek tajemnicy i świadomość istnienia głębi niezgłębionej – no bo, jak mogłabym przed laty narysować tę „zakonniczkę” (tak ją nazwałam), którą autorzy tej strony internetowej zamieścili obok? Teraz jednak wiem na pewno, że , prócz próśb, w modlitwie jest szczególnie ważny element samooceny, co prowadzi w pewnym stopniu do samowzmocnienia, samonaprawiania, samoleczenia i … samozadowolenia. Cha! Cha! Chciałam powiedzieć raczej – „radości życia samej w sobie i pomimo wszystko”. Bywa, że modlę się na przykład , idąc ścieżkami górskimi czy jadąc na rowerze, kontemplując łąki nadwiślańskie i widok na Srebrną Górę. Czuję, że tak też można. Takie mam samotnicze zapędy…

Podsumowując okres katechumenatu, odpowiadam – tak! tak! tak! Chrzest to start w nowe życie! To nie truizm. Musimy tylko ” trochę” zadbać sami, aby i oby to życie było rzeczywiście nowe. Pamiętaj, człowieku (mówię sama do siebie), że chrzest cię zobowiązuje i daje ci nadzieję. Cierpliwie więc będę robić swoje, a wiara, nadzieja i miłość towarzyszą mi. (Miłość – to jest temat! W Piśmie Świętym ciągle o niej czytam. A gdzie jest mądrość? To następny temat do rozważań, a za nim następne i następne. Właściwie jakikolwiek temat wymyślę, odpowiedzi mogę szukać i znaleźć ją w Piśmie Świętym. A tyle mam jeszcze do przeczytania!). Ze szczerymi podziękowaniami – neofitka i entuzjastka J.

„Posłuszeństwo miłości”

Tyle lat bez Boga…
Upadki i ucieczki w chorobę psychiczną, która rozpoczęła się 28 lat temu, kiedy miałam 18 lat. Nie potrafiłam rozpocząć samodzielnego, dorosłego życia. Ulegałam presji otoczenia, sama czując się bezwartościowa, pełna kompleksów i obaw.

Tyle lat bez Boga…

Upadki i ucieczki w chorobę psychiczną, która rozpoczęła się 28 lat temu, kiedy miałam 18 lat. Nie potrafiłam rozpocząć samodzielnego, dorosłego życia. Ulegałam presji otoczenia, sama czując się bezwartościowa, pełna kompleksów i obaw.

W głębi duszy mieszkała jednak pycha, nieraz czułam się lepsza od innych, myślałam, że nie mogę tego wykazać, bo jestem zbyt nieśmiała, nie chcę ranić ludzi. Tak naprawdę bałam się odrzucenia, chciałam być powszechnie lubiana. Trudności w nauce szybko mnie zniechęcały. Otrzymałam dar od Boga, zamiłowanie do rysunku. Marzyłam o studiach plastycznych, jednak nie potrafiłam o nie walczyć. W rezultacie zaczęłam o sobie mówić „artystka z Bożej łaski”, w sensie ironicznym, pomniejszającym. Obrażałam Pana Boga nic o Nim nie wiedząc, nie zdając sobie sprawy, że Boża łaska jest darem, nad którym trzeba pracować, aby móc przekazać go innym.

Wzrastało tylko we mnie rozgoryczenie i poczucie niespełnienia. Zamykałam się w sobie. Lata pierwszej młodości przeżyłam z rodzicami i bratem we Włoszech, w Rzymie, gdzie mieszkaliśmy przez dziewięć lat. Rodzice byli katolikami, zadbali o nasze wprowadzenie do Kościoła, chrzest, pierwszą komunię. W niedzielę mama zabierała nas na mszę świętą. Dzięki rodzicom chodziłam na spotkania wspólnoty młodzieży przy kościele świętej Franciszki Rzymskiej.

Nie potrafiłam jednak nawiązać bliższych kontaktów z ludźmi, a co dopiero z Bogiem Ojcem… Nie byłam bierzmowana, bo były problemy z załatwieniem formalności, dokumenty były w Polsce. Łatwo się z tym pogodziłam. Nie pogłębiałam swojej wiary, nudziłam się w kościele.

Z jednej strony coś mnie do niego ciągnęło, była to miłość ludzi żyjących wiarą, ich wzajemna troska i bliskość, a z drugiej odpychała mnie niewiara we własne siły, myślałam, że nie potrafię tak kochać. Odeszłam z tej wspólnoty, lecz Ojciec Niebieski nie zostawił mnie, naprowadzał na dobrą drogę, kiedy widział moje zagubienie i błędne kroki, które prowadziły do grzechu.

Musiało upłynąć wiele lat, zanim to zrozumiałam. Nie umiałam być posłuszna miłości. Droga do tego posłuszeństwa stała się jaśniejsza, kiedy zaczęłam się uczyć Boga w Ośrodku Katechumenalnym przy kościele świętego Marka.

Prowadząca mnie siostra jadwiżanka zaczęła mi otwierać oczy. Zauważyła, że moje życie przypomina „drogę narodu wybranego”. Dwadzieścia osiem lat musiało upłynąć, żebym zaczęła porządkować moje poplątane życie powoli poznając Boga w Jego Kościele. Droga przez pustynię bez „żywej wody”.

Przez lata byłam „wierzącą nie praktykującą”. Nie widziałam w tym nic złego, po prostu nie chodziłam do kościoła, myślałam jednak naiwnie, że przecież wierzę w Boga, a kościół jest mi do tego niepotrzebny, bo to puste formułki, a ludzie uczestniczący we mszy świętej robią to tylko na pokaz. Tak naprawdę Boga w moim życiu nie było, nie wpuszczałam Go. Nie modliłam się, nie chciało mi się czytać Biblii. Nie zawsze byłam dobra dla bliźnich, potrafiłam krzywdzić najbliższych, nie chciałam być posłuszna.

Kiedy mama odmawiała modlitwę przed wieczerzą wigilijną czy na Wielkanoc, nie umiałam w niej uczestniczyć, wygłupiałam się robiąc miny do mojego brata. To była ironia, po to, żeby pokazać, że jestem ponad to, że nie uznaję pustych, w moim mniemaniu, formułek. Boże Narodzenie oglądałam na sielskich widoczkach na pocztówkach, święta to była choinka i prezenty, bardziej uroczysta kolacja.

A jednak ten zupełnie nieznany Bóg mnie szukał. On mnie znał, wiedział czego potrzebuję. Lepiej ode mnie. Robił to bardzo delikatnie, używając mojego języka, przemawiał do mnie przez dzieła sztuki. Mój ojciec był publicystą, pasjonował się sztuką, najpierw Młodą Polską, później sztuką Włoch, szczególnie tą sakralną. Oprowadzał nas po kościołach rzymskich, pokazywał obrazy Caravaggia, rzeźby, opublikował potem przewodnik po świątyniach Rzymu. Uwielbiał też koncerty w kościołach, które przeżywaliśmy razem.

Dopiero po jego śmierci, dziewięć lat temu, zdałam sobie sprawę z jego wiary, zaczęłam ją poznawać. Objawiała się w jego życiu, prawym, trudnym, pracowitym. Pracował do końca życia, dzielił się z ludźmi swoimi wiadomościami i zachwytami, pisząc artykuły i książki, także po to, żeby zapewnić byt naszej rodzinie. Pracował w Polskiej Akademii Nauk, której okna wychodzą na kościół św. Marka.

Chodząc do tego kościoła wspominam mego ojca w rozmowach z Bogiem i żałuję, że tak późno zaczęłam go rozumieć. Dzięki wierze mogę mieć nadzieję, że może spotkam się z nim w Mieszkaniu Pana Boga. Może tam opowiemy sobie nasze prawdziwe historie…